Tajlandia na własną rękę cz. 2 – Moja trasa zwiedzania

Viewpoint, Koh Phi Phi

Tajlandia to najpopularniejsze miejsce wakacji w Azji, do której również poleciałam. W poprzednim wpisie podpowiedziałam wam, jak zaplanować podróż do Tajlandii. Teraz opisuje dla was moją trasę zwiedzania, w której znajdziecie wiele cennych wskazówek i informacji.

Dzień 1 – Bangkok

Po wylądowaniu w Bangkoku na Suvarnabhumi Airport (BKK) udaliśmy się prosto do wyjścia z lotniska z uwagi na fakt, że Polaków nie obowiązuje wymóg wizowy. Jeżeli po drodze miniesz jakiś kantor warto od razu wymienić dolary tudzież euro na baty, wybieraj jednak te kantory bliższe wyjścia. Na lotnisku obowiązkowo kupujemy sobie tajską kartę SIM z pakietem internetowym. Nie będę tutaj doradzać jaka firma jest najlepsza, bo się na tym nie znam. Po prostu wybrałam pakiet z 8GB internetu za 600 TBH i byłam zadowolona. Karta była ważna przez 2 tyg, a ilość danych wystarczyła na dwie osoby (dzieliłam internet za pomocą hotspotu z koleżanką).

Procedura wygląda następująco. Na lotnisku jest pełno stoisk oferujących sprzedaż karty sim, wybierasz najbardziej interesującą cię opcję, podchodzisz do stoiska i w pełni zdajesz się na łaskę pani Tajki, która najprawdopodobniej nie zna angielskiego. Ta poprosi cię o paszport, zarejestruje numer, włoży kartę do telefonu i ustawi wszystko jak potrzeba, a nawet zabezpieczy twoją polską kartę sim. I gotowe! Od tej pory Google Maps jest twoim najlepszym przyjacielem i to on wskazuje drogę gdziekolwiek jesteś.

Jak już załatwiliśmy kwestię waluty i kart musieliśmy jakoś się wydostać z lotniska. Opcji jest wiele, my postawiliśmy na najtańszą, czyli na Airport Rail Link. Tak jak w Europie, kierujemy się znaczkami i schodzimy na najniższy poziom lotniska, gdzie znajduje się tylko kolejka. Bilet kupuje się w automacie (biletem jest żeton) i wsiadamy do pociągu. Jak nie jesteś pewien drogi, najlepiej pytaj się innych turystów, bo miejscowi dla spokoju mogą ci powiedzieć jakąś głupotę lub udawać, że cię rozumieją. Koszt takiej trasy to około 3 zł… można jechać taksówką za 40 zł.

Dojechaliśmy na stację Hua Lamphong, gdzie od razu kupiliśmy bilet na nocny pociąg z Bangkoku do Chiang Mai. Pierwsza klasa z miejscami leżącymi to koszt około 90 zł. Zawsze po przylocie do tak odległego kraju warto sobie zrobić jeden luźny dzień, aby nieco odpocząć i się zaaklimatyzować.

Khao San Road
Khao San Road, Bangkok

Tak jak pisałam we wcześniejszym artykule, jeszcze w Polsce zarezerwowałam hotel T.T Guesthouse. Nie oczekiwałam luksusów, interesowało mnie tylko miejsce, gdzie będziemy mogli chwile odsapnąć po 11 godzinach lotu. Hotel był całkiem przyzwoity, jednak dzielnica niezbyt ciekawa. Centrum i interesujące nas Khao San Road było dość daleko. Mimo to po chwili odpoczynku i zjedzonym obiedzie wybraliśmy się na osławiony targ Khao San Road, gdzie oddaliśmy się szaleństwu zakupów i wydałam wtedy nieco więcej pieniędzy niż to było w planie.

Po zakupach wróciłyśmy do hotelu, chwile odsapnęłyśmy i wyruszyliśmy na stację kolejową. Było to ciekawe przeżycie. Ogromna poczekalnia wypełniona zachodnimi turystami, którzy rozsiedli się wygodnie na podłodze w oczekiwaniu na swój pociąg. Czekających zabawiała walka bokserska wyświetlana na ogromnym telebimie. Czekanie można było sobie umilić miejscowymi przekąskami sprzedawanymi na stacji. Nie pamiętam jak nazywała się ta moja, ale przysięgam, że była ona pyszna!

Jako że panicznie boję się spóźniania, naciskałem na moją towarzyszkę podróży, aby już wsiąść do pociągu, który podjechał na stację. Standard pociągu mnie bardzo zadziwił, ponieważ myślałam, że kupiłam bilet do pierwszej klasy… przeraźliwie niewygodne, plastikowe siedzenia i zamotana obsługa nieznająca języka angielskiego. A gdzie te łóżka za które zapłaciłam?

Hua Lamphong, Bangkok
Hua Lamphong, Bangkok

Po około godzinie drogi w przedziale pojawiła się pani ze stosem poduszek i prześcieradeł. Okazało się, że łóżka są sprytnie ukryte nad i pod naszymi siedzeniami. Za sprawą kilku ruchów wagon został przeobrażony w sypialniany, wypełniony łóżkami piętrowymi. Mi przypadło miejsce na dole i przyznam, że tej nocy wyspałam się jak dziecko. Nieco mniej szczęścia miała moja koleżanka, która była nękana klimatyzacją zamontowaną tuż nad jej głową. Cała podróż została urozmaicona przez irytującego Taja, który uparcie przez całą noc chodził w tę i we wtę usiłując nam sprzedać mango i chipsy. Na szczęście jednak ja nie rozstaję się z moimi zatyczkami do uszu.

Dzień 2 – Chiang Mai

Dotarliśmy do naszego celu nad ranem, a nieco wcześniej pani konduktor zdążyła poskładać łóżka po wcześniejszym, mało delikatnym wyrzuceniu nas z nich. Ledwo wyszliśmy ze stacji i zaatakowała nas chmara Tajów, którzy koniecznie chcieli nas zawieść do hostelu. W tym tłumie zauważyłyśmy Tajkę, która zaoferowała nam rozsądną cenę za dojazd, czyli około 10 TBH. Na terenie Chiang Mai najtańszą opcją transportu są Songthaew, czyli czerwone taksówki. Potrafią one zmieścić nawet 8 osób, a ze stacji odjeżdżają w momencie kiedy kierowca zdoła zapełnić cały samochód. Nie był to dla nas żaden problem, a w trakcie czekania poznałyśmy samotnie podróżującą Holenderkę i Chinkę.

Wat Chedi Luang Worawihan
Wat Chedi Luang Worawihan, Chiang Mai

Przez cały pobyt w Chiang Mai byłyśmy zameldowane w Mojito Garden, który gorąco polecam. Luksusów tam nie uświadczysz, ale cena i lokalizacja są świetne. Łóżko w pokoju grupowym to koszt 8 zł, my zdecydowaliśmy się na osobny domek dla dwóch osób za 20 zł za os. W obu przypadkach pyszne śniadanie jest wliczone w cenę. Właściciele tego hostelu to bardzo mili i ciekawi ludzie, którzy świetnie dogadują się z zachodnimi turystami. Poznaliśmy tam naszych rówieśników z Niemiec, Francji, Anglii i Irlandii, z którymi spędzaliśmy wieczory i świetnie się bawiliśmy. To jest największy urok tanich hosteli, zawsze poznasz tam fajnych ludzi.

Po zameldowaniu się w hostelu i szybkim prysznicu wybrałyśmy się na obiad, gdzie zostałyśmy obsłużone przez miłego ladyboy’a, a następnie rozpoczęliśmy nasze zwiedzanie. W Chiang Mai zaufaliśmy naszemu książkowemu przewodnikowi i odwiedziliśmy polecane w nim świątynie. W tym mieście jest ich cała masa, dlatego polecam zaopatrzyć się w przewodnik, poczytać i samemu wybrać sobie trasę. Świątynie w Chiang Mai zrobiły na mnie ogromne wrażenie, przepiękne i imponujące budowle, pełne kolorów i zdobień. Mi osobiście najbardziej przypadła do gustu Wat Phra Singh, ale każda inna miała w sobie coś ciekawego. Tego dnia dopisywała nam również wzorowa pogoda.

Wat Phra Singh, Chiang Mai
Wat Phra Singh, Chiang Mai

Wieczorem wybrałyśmy się na słynny nocny targ w Chiang Mai, który cechuje się niepowtarzalnym klimatem. Chodzenie po stoiskach jest przyjemnością, należy jednak uważać, bo szybko można tam stracić pieniądze. Jeżeli odwiedzicie Chiang Mai, koniecznie wybierzcie się na ten targ.

Dzień 3 – Wat Phra That Doi Suthep

Kolejnego dnia wybraliśmy się do nieco oddalonej świątyni Wat Phra That Doi Suthep. Dotarliśmy tamę czerwoną taksówką za 500 TBH, w drodze towarzyszył nam Niemiec, który po przyjeździe udał się.. do lasu pomedytować. Do świątyni należy wejść po schodach, a po drodze można spotkać urocze, tajskie dzieci w ludowych strojach.

Wat Phra That Doi Suthep, Chiang Mai
Wat Phra That Doi Suthep, Chiang Mai

Sama świątynia była oczywiście piękna, jednak trzeba przyznać, że tak jak nasze kościoły tak i ich świątynie w Azji wyglądają podobnie. Po zobaczeniu nastej świątyni masz ich już w sumie dosyć. Z samej Wat Phra That Doi Suthep rozpościera się piękny widok na całe miasto, świątynia jak najbardziej warta odwiedzenia.

Po powrocie do hotelu udaliśmy się do pubu z naszymi hostelowymi przyjaciółmi. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z wypadu do Chiang Rai. Nie mając zbytnio pomysłu na następny dzień zahaczyliśmy o biuro podróży, gdzie kupiliśmy całodniową wycieczkę do Mae Taeng w której zawierała się wizyta na farmie motyli, przejażdżka na słoniu, wędrówka lasem do wodospadu, spływ kajakami i obiad. Koszt takiej wycieczki to 850 TBH

Schody do Wat Phra That Doi Suthep
Schody do Wat Phra That Doi Suthep

Dzień 4 – Mae Taeng

Wczesnym rankiem, zgodnie z ustaleniami podjechał po nas samochód z biura podróży. Okazało się, że wylądowaliśmy w samym środku amerykańskiej wycieczki. To byli rasowi amerykanie – otyli, dumni ze swojego pochodzenia, wypytujący nas o życie w Polsce, niegrzeszący wiedzą geograficzną i historyczną, ze śnieżnobiałym uśmiechem na twarzy. Okazało się, że są to wolontariusze, którzy przyjechali do Chiang Mai w ramach misji swojego kościoła. Ich wiek wahał się pomiędzy 18 a 60 lat. Ostatecznie okazali się być bardzo sympatyczni i spędziliśmy z nimi bardzo miły dzień.

Mae Taeng, Tajlandia
Mae Taeng, Tajlandia

Nasz przewodnik był po prostu świetny! Przezabawny, wyraźnie starał się wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Najpierw dotarliśmy do farmy motyli która… nie była nadzwyczaj imponująca. Pokrzątaliśmy się chwile po “ogrodzie botanicznym”. Swoją drogą uważam, że moja mama hoduje bardziej imponujące kwiaty. Ten ogród botaniczny nie był nadzwyczajny, ale nasi Niemcy wychwalali ogród botaniczny w Chiang Mai, a my mieliśmy nadzieję, że to ten odwiedzimy w ramach naszej wycieczki. Cóż, może następnym razem, a wy od razu wybierzcie się do tego “lepszego ogrodu botanicznego”.

Słonie, Mae Teang
Słonie, Mae Teang

Kolejnym punktem były słonie! Tak, jest to kontrowersyjny temat. Jeździć na nich, czy nie? Jak ma się to do traktowania zwierząt? To już pozostawiam waszej własnej ocenie. Jazda na słoniu to świetne doświadczenie, o którym marzy niemal każdy i cieszę się, że to zrobiłam jeszcze na Sri Lance. W trakcie jazdy na słoniu, pan “kierowca słonia” pokazał nam liście z których można puszczać bańki mydlane! Przezabawne było również to, jak słonie domagają się kolejnych owoców i z oburzeniem odrzucają gałęzie z liśćmi, które nam pozostały.

Po jeździe na słoniu przyszedł czas na godzinną wędrówkę po dżingli. Dołączyli do nas kolejni przewodnicy, którzy łamanym angielskim próbowali z nami nawiązać rozmowę. Pokazywali nam czające się w norach węże, tłumaczyli jakie spotykamy na naszej drodze drzewa, opowiedzieli nawet pokrótce swoją historię i to jak jest im ciężko utrzymać rodzinę w Tajlandii. Chyba najsłodszą atrakcją była mała kapucynka, którą spotkaliśmy na naszej trasie. Zachowywała się jak małe, niegrzeczne dziecko, ohy i ahy nie miały końca.

Wodospad, Mae Teang

W którymś momencie zaczęło być nam ciężko. Słońce paliło niemiłosiernie, a kolejne kamienie po których musieliśmy się wspinać wyciągały z nas resztki energii. Część poddała się w połowie (wspominałam o wieku i nadwadze naszych amerykanów?). Jednak nasz trud został wynagrodzony, zza którejś skały wyłonił się widok pięknego wodospadu u stóp którego utworzył się dość spory basen. Bez zastanowienia weszliśmy do wody, to była cudowna ulga po godzinnej wędrówce.

Po dłuższej chwili przy wodospadzie przyszedł czas na spływ pontonem i tratwą. Przewodnicy załadowali nas na pontony, wyposażyli w wiosła, kapoki oraz kaski i przydzielili po jednym opiekunie, który mówił nam jak mamy wiosłować i kiedy. Ja i moja współpodróżniczka wylądowałyśmy w pontonie z Hiszpanem. Nie będę wam zdradzać żenujących szczegółów, ale w trakcie spływu kolejny raz uwidoczniła się moja nieumiejętność pływania, na szczęście dzielny Hiszpan mnie uratował!

Mae Teang, Tajlandia
Mae Teang, Tajlandia

W którymś momencie pontony się zatrzymały i przyszedł czas na przesiadkę na tratwę bambusową… chciałabym wam powiedzieć jak to jest przepłynąć na takiej tratwie, ale niestety nie mam pojęcia. Otyli amerykanie w 4 zajęli 8-osobową tratwę, która odpłynęła i pozostawiła nasza europejską, szczupłą trójkę i średnio zaradnego przewodnika osamotnionych na środku rzeki. Po dłuższej chwili czekania i zastanawiania się co teraz się z nami stanie, popłynęliśmy za tratwą na pontonie. Na zakończenie zjedliśmy pyszny obiad podany w liściu bambusa.

Dzień 5 – Phuket – Patong

Około 12 rano mieliśmy lot na Phuket z lotniska w Chiang Mai. Zjedliśmy śniadanie, pożegnaliśmy się z naszymi Niemcami i wyruszyliśmy tuk tukiem na lotnisko. Na Phuket lecieliśmy liniami Air Asia, muszę przyznać, że ich standard jest lepszy niż w naszym Ryanairze. Taki lot można spokojnie kupić za 150 zł, przy odpowiednio wcześniejszej rezerwacji.  

Patong Beach, Phuket
Patong Beach, Phuket

Na Phuket jest kilka miast i plaż do których można się udać, my postawiliśmy na imprezowe Patong. Rzekomo to tutaj mieści się najpiękniejszą plaża na Phuket i wiecie co? Taka sobie. W Patong wyszukiwaliśmy pokój grupowy w Patong Studio Apartments and Dormitory. Luksus to nie był i trochę daleko od plaży ale… było tanio. W hostelu poznaliśmy Brazylijczyka Gustavo i Indusa Airjuna, którzy od tej pory byli naszymi towarzyszami imprez.

Bangla Road, Phuket
Bangla Road, Phuket

Po zakwaterowaniu się i chwili odpoczynku wybraliśmy się na plażę, była to godzina 17 więc słońce już zniknęło. Niemniej jednak poczuliśmy namiastkę tajlandzkiego raju. Ciepłe morze, biała plaża i palmy dookoła nas. Natomiast wieczorem przyszedł czas na nocne życie. Jeżeli chcecie zaznać tajskiego szaleństwa imprez, pełnego striptizerek, ladyboy’ów i turystów z całego świata to Patong, a konkretnie Bangla Road są tym miejscem. Najpierw przeszłyśmy się do samego końca tej ulicy, aby sprawdzić z czym mamy do czynienia, a potem przez dłuższą chwilę musieliśmy otrząsnąć się z szoku.

Bangla Road, Patong
Bangla Road, Patong

To była jakaś mieszanka Kac Vegas, Project X i Niebiańskiej plaży. Nie zajęło nam to jednak zbyt długo, ponieważ niewiele zastanawiając się wybrałyśmy najbardziej odpowiadający nam lokal, gdzie bawiliśmy się aż do samego zamknięcia. Następnie udaliśmy się na plaże z naszymi nowo poznanymi znajomymi, gdzie nauczyliśmy się ciekawiej, japońskiej wróżby.

Dzień 6 – Królestwo Tygrysów

Kolejnego dnia wybraliśmy się do królestwa tygrysów! Początkowo myślałyśmy, że jest to pewnego rodzaju zoo, gdzie można oglądać tygrysy. Na miejscu okazało się, że za około 100 zł można wejść do klatki z tygrysem, pogłaskać go i zrobić sobie z nim zdjęcie. Było to świetne przeżycie głaskać tak drapieżne zwierze, ale o ile nie mam ugruntowanego zdania na temat jazdy na słoniu, tak wiem że czegoś takiego już nigdy nie powtórzę. Te tygrysy są ewidentnie czymś faszerowane i po skończonej wizycie miałyśmy wyrzuty sumienia. Widok małego tygryska, wystraszonego i wijącego się w koncie na widok bandy oszalałych turystów był naprawdę smutny. To również pozostawiam do waszej własnej oceny. Głaskanie tygrysa było super, ale raczej nigdy więcej tego nie powtórzę.

Królestwo Tygrysów, Phuket

Dzień 7 – Deszcz

Ten dzień był bardzo zmarnowany, ponieważ cały dzień padało! Dopiero wieczorem odwiedziliśmy naszą ulubioną ulicę. Był to ostatni dzień na Phuket. Ogólnie uważam, że ta wyspa nie jest warta odwiedzenia. Nie ma tu za wiele do roboty, plaże nie są jakieś zachwycające, jedynie imprezy naprawdę udane. Z perspektywy czasu nie żałuję ze się tam wybrałam, ponieważ świetnie się bawiłam i poznałam super ludzi, ale kolejny raz bym się tam już nie wybrała.

Dzień 8 – Phi Phi Island

O odwiedzeniu tego miejsca marzyłam od wczesnych lat dzieciństwa, kiedy to pierwszy raz zobaczyłam rajską plażę w filmie The Beach. Na Koh Phi Phi można dopłynąć promem, jest to malutka wysepka leżąca w prowincji Krabi. Bilety na prom kupiłyśmy jeszcze w Patong za 450 THB (to najlepsza cena i takiej szukajcie), w cenie biletu był dojazd do portu.

To jest ten moment kiedy muszę wam zdradzić moją największa słabość, mianowicie… nagminnie gubię paszporty i nie potrafię tego opanować. Tak stało się i tym razem. Stojąc w długiej kolejce do sprawdzania biletów na prom zorientowałam się, że zostawiłam torebkę z portfelem i paszportem w taksówce! Co teraz robić? Oczywiście wpadłam w panikę i zaczęłam biegać jak kot z pęcherzem po całym parkingu w nadziei, że nasza taksówka jeszcze nie odjechała. Na szczęście Agnieszka zachowała siłę spokoju i przejęła kontrolę. Po tym jak się uspokoiłam, odnalazłam mój jedyny ślad po tej taksówce, czyli kopertę, gdzie zostały schowane bilety, na której przybito pieczątkę biura… oczywiście w języku i piśmie tajskim. Na pomoc nadszedł tajski ochroniarz, który zadzwonił do tej firmy, wyjaśnił sytuację i kazał zawrócić taksówce. Paszport odzyskany, a Tajowie porządnie wtuleni.

Maya Bay, Phi Phi
Maya Bay, Phi Phi

Po opanowaniu sytuacji w końcu udało się nam wsiąść na prom, gdzie czekała nas 2 godzinna podróż. Po krótkiej chwili zniknęły szare chmury nad Phuket i wyłoniło się błękitne niebo. Wybrałyśmy się na sam przód jachtu i kogo tam poznałyśmy? 3 innych Polaków (w tym Francuzkę polskiego pochodzenia i 2 Polaków, którzy aktualnie zamieszkują Irlandię) oraz 2 szalone Brytyjki. Bardzo szybko wszyscy się zintegrowaliśmy, postanowiliśmy wspólnie zjeść obiad, a następnie poszukać taniego hostelu. Nie bookowałam tutaj tak jak zwykle hostelu przez booking.com, ponieważ Gustavo, który był już wcześniej na Phi Phi doradził nam, aby poszukać hotelu na miejscu i negocjować.

Faceci już wcześniej zablokowali sobie “lepszy hotel”, zostały 2 Polki, Francuska i 2 Brytyjki.. wiecie co to oznacza? Chaos! Godzinę chodziłyśmy w tę i we w tę, poszukując hotelu przy plaży. To był błąd! Phi Phi to malutka wysepka, tu jest wszędzie blisko i wszędzie szybko dotrzesz piechotą, a przy plaży czeka cię hałas i brak snu. W końcu poszliśmy do hotelu, który polecił nam Gustavo. Tam wynajęliśmy 2-osobowe pokoje w rozsądnej cenie, czyli jakieś 400 TBH za dobę na dwie osoby.

Odpływ na Koh Phi Phi, Tajlandia
Odpływ na Koh Phi Phi, Tajlandia

Wieczorem wybrałyśmy się na plaże, zastaliśmy tam przepiękny zachód słońca, któremu towarzyszył odpływ. Plaża na Phi Phi to kwintesencja raju, o którym marzy każdy z was. Jak już pisałam we wcześniejszym artykule, Phi Phi słynie ze świetnych imprez i rzeczywiście takie tam zastaliśmy. Było to coś innego niż na Patong, nie napotkaliśmy ladyboów i szalejących na rurach striptizerek, na Phi Phi praktycznie znajdują się sami turyści. Impreza na plaży, świetna muzyka, Tajowie chodzący na linach, wszędzie pełno pochodni. Na każdym parkiecie organizowano zabawę ze skakanką i przechodzenie pod poprzeczką. Nasza polsko-francusko- brytyjsko-australijsko i cholera wie skąd jeszcze ekipa bawiła się tej nocy wyśmienicie.

Na następny dzień zaplanowaliśmy całodniową wycieczkę na łódce. Zwiedzanie obejmowało takie atrakcje jak Monkey Island, Bamboo Island, Maya Bay, Loh Samah Bay, Vicking Cave, Sunset Point. Taka wycieczka kosztowała nas około 1300 TBH, a w cenie mieliśmy obiad. Nie zastanawiając się zbyt długo, wykupiliśmy tę wycieczkę.

Dzień 9 – Wycieczka na łodzi

Wczesnym rankiem stawiliśmy się wszyscy na miejscu zbiórki, skąd zaprowadzono nas do naszej łodzi. Czy wspominałam już o tym, że źle znoszę bujanie na wodzie? Tak więc od samego początku czułam mdłości, a cała wyprawa trwała 9 godzin! Szybko odnalazłam dogodną pozycję, która minimalizowała moje cierpienia. Kapitan naszej łodzi był dość… interesujący, nie ukrywał, że nie przepada za białymi turystami. Często na nas krzyczał, a w wolnych chwilach zasypiał na swoim hamaku głośno chrapiąc. Doprawdy, ciekawa postać, brakowało mu tylko haka i przepaski na oku.

Pierwszy przystanek – Monky Island. Tak, jest tam pełno małp, które ochoczo wskakują na plecy i głowy turystów, nie wiedzieć czemu mnie żadna nie chciała dotknąć. 🙁 Fajnie zobaczyć to miejsce, jednak jest tam tak dużo turystów (a ja byłam tam po sezonie), że za bardzo się nią nie można nacieszyć.

Bamboo Island, Tajlandia
Bamboo Island, Tajlandia

Kolejny przystanek Bamboo Island – to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie w życiu widziałam. Bamboo Island wygląda dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie raj w tropikach. To malutka laguna, otoczona białym piaskiem i idealnie lazurową wodą. Gdybym mogła wybierać, to bym tam chciała zostać następne pół dnia. Niestety po godzinie nasz kapitan zagonił nas na łódkę, a moje mdłości powróciły.

No i w końcu dotarliśmy do mojej ziemi, a raczej plaży obiecanej – Maya Bay. To na ten widok czekałam niemal całe swoje życie, to tutaj kręcono sceny do Niebiańskiej Plaży! Ta plaża naprawdę wygląda tak jak w filmie. Zapierający dech w piersiach widok, niemal doprowadził mnie do łez wzruszenia. Niestety i tutaj sielanka była zakłócona tłumami turystów, ale z tego co wiem… nie da się ich na Maya Bay uniknąć przez cały rok. No chyba, że jesteś milionerem z prywatnym jachtem… wtedy nie ma problemu.

Loch Samach Bay, Tajlandia
Loch Samach Bay, Tajlandia

Po opuszczeniu Maya Bay już praktycznie nie wychodziliśmy z  łodzi, czego nie wytrzymywał mój błędnik. Było ciężko, ale nie tylko mi. Wraz z nami na pokładzie płynęła para Australijczyków, para Ekwadorczyków, 2 Niemki, holenderka i brytyjskie małżeństwo. Zatrzymaliśmy się na nurkowanie w Loh Samah Bay, która znajduje się pomiędzy charakterystycznymi dla krajobrazu Tajlandii skałami. Od tej pory cała wycieczka była już wymęczona kilkoma godzinami na łodzi, jednak nasz kapitan uparcie realizował plan podróży. Następnych atrakcji zbytnio nie podziwiałam, ponieważ naprawdę źle się czułam. Przy osławionym zachodzie słońca wszyscy już zasypiali, a  świecącego planktonu nocą prawie nikt nie chciał oglądać. Około 19 dopłynęliśmy w końcu do naszej wyspy!

Będąc na Phi Phi Island jak najbardziej trzeba wykupić taką wycieczkę, jednak polecam wybrać nieco krótszą. 10 godzin na małej, kołyszącej się łódce to naprawdę za wiele. W połowie człowiek jest wycieńczony, albo tak jak ja umierają przez mdłości. Na pewno warto zobaczyć Monkey Island, Bamboo Island, Maya Bay i Loh Samah Bay…. reszta jest moim zdaniem zbędna. Pomiędzy tymi atrakcjami zawsze jest przerwa na nurkowanie.  🙂

Dzień 10 – Phi Phi Viewpoint

Nasz ostatni dzień na Phi Phi Island w pełnym chillu. Pogoda była idealna, niebo bezchmurne. Rano wybraliśmy się na najsłynniejszy punkt widokowy na wyspie, do którego prowadziły bardzo strome schody, tak więc nie było łatwo. Wysiłek jednak był wart tego, co zobaczyliśmy do góry. Kolejny widok, na który czekałam całe moje życie. Po zejściu z góry poszliśmy na plażę, gdzie pożegnaliśmy naszych Polaków z Irlandii i Francuzkę. My same cieszyliśmy się ostatnimi chwilami na rajskiej plaży Phi Phi.

Viewpoint, Koh Phi Phi
Viewpoint, Koh Phi Phi

Wieczorem spotkaliśmy się z dwiema Polkami, które poznaliśmy jeszcze w Stambule. Obie z mojego miasta, jedna mieszka ulicę ode mnie! Świat jest naprawdę mały. Od tej pory towarzyszyły nam niemal do samego końca naszej podróży.

Dzień 11 – Autobusem z Phuket do Bangkoku

Cały ten dzień spędziliśmy w podróży, ponieważ promem i autobusem musieliśmy się dostać z Phuket, aż do samego Bangkoku. Można było tam polecieć samolotem, my jednak chcieliśmy zachować elastyczność w podróży, a na ostatni moment bilety lotnicze były bardzo drogie. Bilet na prom i taksówkę na dworzec autobusowy kupiłyśmy jeszcze na Phi Phi Island za jedyne 400 TBH za osobę. Cała ta przeprawa potoczyła się bardzo płynnie oczywiście wcześniej wszystko sprawdziłam na 12go.asia.

Dworzec autobusowy, Phuket

Na dworcu autobusowym Tajki walczyły o mnie, proponując coraz niższa cenę, w końcu kupiłam bilet w “najwygodniejszym i najszybszym” autobusie za jedyne 800 TBH od osoby. Warto wspomnieć że na tym dworcu wszędzie można było podłączyć ładowarkę, albo kabel USB, czego niemal nie uświadczysz w Polsce!

Kupiłyśmy sobie prowiantu i zajęliśmy “najlepsze miejsca” w autobusie, tak jak obiecały moje Tajki. Rzeczywiście, autobus był bardzo wygodny, jedynym problemem była zbyt zimna klimatyzacja i kierowca, który nie potrafił zrozumieć naszych próśb o podkręcenie temperatury. Przez większość czasu po prostu spałam. Mieliśmy kilka postojów, w trakcie jednego poznaliśmy Rosjankę, która już od kilku lat mieszka w Tajlandii wraz z rodziną i prowadzi tam swój biznes. Cała podróż trwała 12 godzin.

Dzień 12 – Bangkok

Wczesnym rankiem dojechaliśmy do Bangkoku. Na stacji docelowej panował chaos, nikt nie chciał nam pomóc, wszyscy tylko chcieli wepchnąć nas do swoich taksówek. W końcu jakiś Taj się zlitował i zaprowadził nas do autobusu, który zawiózł nas pod samo Khao San Road. Jazda miejskim autobusem w Bangkoku to też fajne doświadczenie! 🙂 Jechaliśmy za darmo! Byłyśmy gotowe kupić bilet, jednak pani w  kasie z uśmiechem machnęła ręką i kazała nam jechać bez. Niewiele się zastanawiając, po prostu wsiadłyśmy do autobusu.

W Bangkoku na dwie ostatnie noce zarezerwowałam pokój bez klimatyzacji  w Vibe Khoasan. Świetna lokalizacja, tanio i mieliśmy tam wszytko co było nam potrzebne czyli łóżka, łazienkę i wiatrak. W tym samym hotelu zameldowały się nasze koleżanki ze Stambułu.

Nie marnując czasu ruszyliśmy zwiedzać stolicę Tajlandii. Jeszcze przed wyjazdem znajomi ostrzegali nas o chytrych kierowcach Tuk Tuków. Jeżeli ktoś ci proponuje podwózkę za 50 TBH to bądź czujny… prawdopodobnie facet odwiezie cię po znajomych krawcach i rzemieślnikach, abyś coś u nich kupił. Kolejna pułapka w Azji to czas “wielkiego święta”, będą wam opowiadać o tym jakimi jesteście szczęściarzami, bo akurat teraz w całej Tajlandii panuje wielkie święto Buddy, a wy macie okazję je celebrować, a przy okazji kupić mnóstwo rzeczy!

Wat Ratchanatdaram, Tajlandia
Wat Ratchanatdaram, Tajlandia

No i ostatnia pułapka – “nieczynna świątynia”. Przed wejście do jakiejś świątyni mogą pojawić się uroczy Tajowie ze szczerym, szerokim uśmiechem na twarzy, opowiadający wam o tym słynnym świecie Buddy, przez które dana świątynia jest zamknięta i nie macie co do niej wchodzić. Ale! Za jedyne 300 TBH, ten uroczy Taj zawiezie was do innej, LEPSZEJ! świątyni. 🙂

Tak było i w naszym przypadku, przed wejściem do świątyni Wat Ratchanatdaram napotkaliśmy właśnie takiego cwaniaczka, po tym jak grzecznie odmówiliśmy najprawdopodobniej obrzucił nas najgorszymi, tajskimi obelgami (wnioskuję po ekspresji ciała i mimice). Sama świątynia jest przepiękna i… była zupełnie pusta! Byliśmy jednymi z kilku turystów (w sumie, to dzięki temu facetowi przy wejściu).

W buddyjskich świątyniach jest coś niesamowitego, czujesz tam spokój i relaks. Przyodziana w zwiewną sukienkę i chustę, na boso przechadzasz się po imponującym kompleksie świątynnym, słysząc jedynie poruszające się dzwonki. Jeden z budynków symbolizował stopnie medytacji, im wyższe piętro tym wyższy poziom zaawansowania. Na samym szczycie spotkaliśmy przeuroczego mnicha, za Chiny Ludowe nie pamiętam jego imienia. Coś jakby… Pijong?

Buddyjski Mnich, Bangkok
Buddyjski Mnich, Bangkok

Gawędziliśmy z nim chwilę, opowiedział nam o swoim życiu, o tym dlaczego został mnichem. Przed wylotem do Tajlandii naczytałam się informacji, jakoby mnisi nie mieli prawa rozmawiać z kobietami. Nasz mnich wyjaśnił nam, że rozmowa jak najbardziej jest dozwolona, ale nie ma on prawa dotknąć kobiety, nawet siostry. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, kiedy jego matka jest chora i nie ma nikogo innego kto mógłby się nią opiekować. 🙂 Nasz mnich polecił nam udać się do kolejnej świątyni – Wat Saket, czyli Złota Góra.

I to miejsce zaszokowało mnie swoim spokojem i wyjątkową atmosferą. Na terenie świątyni panuje błoga cisza, słychać jedynie dźwięk dzwonków. Na szczyt świątyni prowadzą schody, które pokonuje się w cieniu bujnych roślin. Jest to przepiękne miejsce, ze szczytu możemy podziwiać doskonały widok na cały Bangkok. Dookoła tej świątyni rozlokowanych jest bardzo wiele warsztatów stolarskich, warto na nie rzucić okiem.

Wat Saket, Bangkok
Widok z Wat Saket, Bangkok

Na sam koniec wybrałyśmy się do Wat Benchamabophit, równie pięknej świątyni, wykonanej w całości z marmuru. Trafiliśmy do niej zupełnie przypadkiem, ale bardzo ucieszył mnie taki splot okoliczności. Tak jak mówiłam wcześniej, te świątynie są piękne i zachwycające, ale po czwartej w sumie już cię nudzą, no bo ile Budd jesteś w stanie zobaczyć jednego dnia?

Khao San Road, Bangkok
Khao San Road, Bangkok

Po zwiedzaniu udaliśmy się do hotelu i spotkaliśmy się z naszymi Polkami. Ten wieczór miał być zwykłym wyjściem na imprezę… ale działy się wtedy rzeczy, o których nie wypada pisać. Powiem tylko, że  poważnie nadszarpnęłyśmy swój budżet co zmusiło nas do zjedzenia kolacji w 7/11. Piękną kulminacją był taniec w deszczu na jednej z ulic Bangkoku razem z innymi turystami. To był bardzo udany wieczór.

Dzień 12 – Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Ten dzień poświęciliśmy na odwiedzenie Wielkiego Pałacu Królewskiego, warto dodać, że w tym czasie w Tajlandii obowiązywała żałoba po śmierci króla (który umarł w październiku 2016 roku, a został pochowany dokładnie rok później). Z tego co wiem, Tajowie nie przepadają za nowym królem, ponieważ ten nie grzeszy inteligencją, no ale cóż… tak jak pisałam wcześniej, wypowiadanie się źle o rodzinie królewskiej jest surowo karane.

Wielki Pałac Królewski, Bangkok
Wielki Pałac Królewski, Bangkok

Dojazd do pałacu trochę nam zajął, ponieważ znowu trafiliśmy na “opiekuńczego” kierowcę Tuk Tuka (nawet kazał się nazywać naszym tatą…), który koniecznie chciał nas wsadzić na łódkę swojego kumpla. Po zorientowaniu się, że facet coś kombinuje, szybko się od niego oddaliliśmy.

Wielki Pałac Królewski jest otoczony wojskiem i należy przestrzegać zaleceń przewodników. Tego dnia wszędzie spotykaliśmy ludzi ubranych w czerń z powodu żałoby, rozdawano również darmową wodę i słodycze.  Na teren pałacu nie wejdziemy z odkrytymi ramionami i nogami, należy się odpowiednio przygotować. Pałac najlepiej zwiedzać w godzinach porannych, ponieważ jest to najbardziej oblegana atrakcja turystyczna w Bangkoku. Koszt jego zwiedzania to około 550 TBH, ale to jest warte swojej ceny, ponieważ jest to moim zdaniem najbardziej imponujący kompleks świątynny w całym Bangkoku. Zachwycająca architektura, ociekająca złotem i bogatymi zdobieniami. To po prostu trzeba zobaczyć.

Szkoła w Tajlandii
Szkółka przy Świątyni Wielkiego Buddy, Bangkok

Po tym jak wydostaliśmy się z zatłumionego pałacu, udaliśmy się do osławionej Świątyni Wielkiego Buddy. To również bardzo ciekawe miejsce warte odwiedzenia, to co mnie tam najbardziej urzekło do szkółka z uczącymi się dziećmi, turyści dosłownie mogli wejść do ich klasy. Wstęp do tej świątyni był płatny (25 TBH), ale w cenie mieliśmy wodę! Poza wielkim buddą znajduje się tam również piękny ogród, wypełniony rzeźbami i oryginalną roślinnością.

Targ Talizmanów, Bangkok
Targ Talizmanów, Bangkok

Naszym ostatnim przystankiem zwiedzania był targ talizmanów, niezbyt popularny wśród turystów. Mnie osobiście sprawia wielką radość sytuacja, kiedy odkryję miejsce niemal nietknięte przez turystów. Trochę rozczarował mnie fakt, że sprzedający w ogóle nie chcieli z nami rozmawiać, a my nie mieliśmy pojęcia, który talizman służy do czego! Po wygooglowaniu symboliki buddyjskich i hinduistycznych bogów wybraliśmy wizerunek boga Om – talizman szczęścia, boga Genesia – patrona dobrobytu, oraz Kamy – boga miłości (talizmany ciągle leżą przy moim łóżku i przysięgam, że działają).

Sprzedawca w Bangkoku

Po poprzednim dniu nie miałyśmy ochoty na tajską imprezę, ale ten wieczór ten był naprawdę udany. Zjedliśmy pyszne lody kokosowe, nakupiliśmy dodatkową tonę ubrań, wypiliśmy nasze ulubione piwo w Tajlandii – Chang. Okazało się, że obok popularnej, zatłoczonej i głośnej Khao San Road jest o wiele piękniejsza i bardziej klimatyczna ulica, na którą polecam wam się udać – Rambuttri Alley. Znajdziecie tam liczne knajpki, restauracje, stragany, a co najważniejsze, jest tam o wiele spokojniej niż na Khao San.

Khao San Road, Bangkok
Khao San Road, Bangkok

Dzień 14 – Powrót do Polski

Ostatni dzień w Tajlandii przed wieczornym wylotem do Polski. Tego dnia miałyśmy dokładnie wyliczone pieniądze na tajski masaż, jedzenie, na taksówkę i ostatnie zakupy na bazarze. O tajskim masażu posłuchaliśmy się od samego początku pobytu w Tajlandii i wiedziałyśmy, że bez niego nie opuścimy tego państwa. W tym celu udaliśmy się na Rambuttri Alley, gdzie Agnieszka wynegocjowała godzinny masaż za jedyne 350TBH! 🙂

Ah co to było za przeżycie, najlepszy masaż w całym moim życiu, modliłam się o to aby się nigdy nie skończył. Moja rada jest taka, aby decydować się na masaż relaksacyjny z olejkami, nigdy na typowy tajski masaż! Z opowieści innych turystów wynika, że jest to bardzo bolesne doświadczenie, z szaloną Tajką skaczącą po twoich plecach w roli głównej.

Telewizja w Tajlandii
Telewizja w Tajlandii

Po masażu byłyśmy już totalnie spłukane. Nie miałyśmy nic mądrego do roboty, a upał doskwierał niemiłosiernie, dlatego wróciłyśmy na hotelowy hol gdzie….. oglądaliśmy tajką telewizję. W końcu nadszedł czas odlotu i polowania na tanią taksówkę. Po dłuższym targowaniu się z zawziętymi taksówkarzami, którzy nie chcieli zejść z ceny 600TBH, na horyzoncie pojawił się litościwy, młody Taj, który zechciał nas tam zabrać za 450TBH.

Był już wieczór, więc mogłyśmy podziwiać centrum Bangkoku w nocy. Przed wyjazdem na lotnisko radzę się upewnić na które dokładnie musisz się dostać, ponieważ w Bangkoku są dwa. Tego dnia jedna dziewczyna przegapiła lot, ponieważ dojechała na złe lotnisko. Chciałabym już tutaj zakończyć moja opowieść i spuentować to spokojnym powrotem do domu, ale to nie koniec emocji w tej podróży.

Po zjawieniu się na lotnisku, z uśmiechem na twarzy stanęliśmy w kolejce do przejścia odprawy. Po dłuższej chwili nadeszła nasza kolej, nieświadome następnych wydarzeń podeszłyśmy do jednego z pustych stanowisk. Po standardowym okazaniu paszportów zauważyłyśmy niepokojący grymas na twarzy odprawiającego nas Taja. Dziwnie długo trwało sprawdzanie naszej rezerwacji, po czym Taj zmuszony był zadzwonić po pomoc.

Ostatecznie poinformowano nas… że wcale nie przylecieliśmy do Tajlandii. Tak, system wykazał, że nie skorzystaliśmy z  biletu na trasie Warszawa – Bangkok, co oznaczało, że nie możemy wykorzystać biletu powrotnego. Wyjaśniliśmy kontroli całą sytuację, po czym kazano nam udowodnić fakt, że przylecieliśmy tymi liniami lotniczymi do Tajlandii.

Teraz przekażę wam bezcenną radę, która być może was kiedyś ocali w podobnej sytuacji. Oto budowa standardowego biletu lotniczego:

bilet lotniczy

Po przejściu bramki stewardessa odrywa część A, oddając nam część B. Większość ludzi po udanym locie wyrzuca część B do kosza, bo przecież ten bilet nie będzie nam potrzebny. Tylko i wyłącznie dlatego, że nie wyrzuciliśmy jej części do kosza, mogliśmy udowodnić kontrolerom, że poleciałyśmy do Tajlandii ich liniami lotniczymi. Gdyby nie te dwa małe kawałki papieru, musiałabym wydać około 2000 zł na bilet powrotny… albo spędzić kilka dni dłużej na lotnisku. Tak więc nigdy  nie wyrzucajcie tej części biletu, aż do bezpiecznego powrotu do kraju. 🙂

Podsumowanie

Gdybym miała jeszcze raz polecieć do Tajlandii (a tak prawdopodobnie się stanie), poleciałabym kolejny raz na północ i zwiedziła jeszcze dokładniej Chiang Mai i Pai. Turyści niechętnie się tam wybierają, co jest wielkim błędem.  Już nigdy nie wybiorę się na Phuket, ponieważ nie zrobiło ono na mnie wielkiego wrażenia. Phi Phi było wspaniałe, jednam kolejnym razem poleciałabym na Koh Samui, Koh Phangan i Koh Tao.

Przed odlotem chciałabym zwiedzić dawną stolicę Tajlandii – Ayutthaya. Swoją drogą jest to świetna alternatywa dla osób, które nie chcą zapuszczać się na samą północ kraju, a które chcą zobaczyć coś więcej niż Bangkok i plaże. Jeżeli brakuje wam jeszcze jakiś informacji, albo macie pytania, piszcie w komentarzach! 🙂

Dodaj komentarz